Home    Forum    O stronie







   kwasy       pod lupą       byliśmy       komunikacja      

przedmowa
42. Sopocki Festiwal

Przejęcie sopockiego festiwalu z jego 42-letnią, wspaniałą tradycją przez TVN, który w odróżnieniu od TVP zapewniał, że ma pomysł na jego nową formułę, miało być zbawienne dla tej wielkiej imprezy. I rzeczywiście, pomysł był - gorzej z realizacją, a już katastrofalnie z organizacją, która przerosła młodych, ambitnych, ale zupełnie niedoświadczonych ludzi. Jak się okazało, nie mających pojęcia, jak taki festiwal zrobić.

Artykuł Bohdana Gadomskiego


// // Tongue of Colicab



dowody



Media do ściągnięcia



Ściągnij - występ Mandaryny, WMV, 4:15, bajtów: 5 003 166

Ściągnij - występ Mandaryny z komentarzem, WAV, 13:55, bajtów: 4 595 456



akt oskarżenia

Komercyjna telewizja TVN tak bardzo przejęła się swoim zadaniem uratowania jednego z najstarszych festiwali piosenki w Europie (nieliczącego się w europejskim show-biznesie), że zabarykadowała się w Operze Leśnej w Sopocie, nie dopuszczając przedstawicieli innych mediów (prasy, radia i telewizji) za bramkę przy zapleczu, która przez lata całe była szeroko otwarta dla dziennikarzy i obserwatorów. Co z tego, że otrzymaliśmy wielkie, niegustowne identyfikatory ze zdjęciami, skoro nie mogliśmy nigdzie wejść. Początkowo zakładano, że nawet na próby nie będziemy wpuszczani (!). Na koncerty wchodziliśmy razem z publicznością, a miejsca, jakie przygotowano dla mediów, były zupełnie nieprzystosowane do charakteru pracy sprawozdawców. Przy wejściu na pierwszy koncert zażądano otwarcia torby pod groźbą niewpuszczenia na widownię. Agencja Ochrony "Gryf" przechodziła w absurdach samą siebie. Półprzytomne panienki z biura prasowego jakby w ogóle nie wiedziały, o co w tym wszystkim chodzi, a dwie z nich (Lidia Zagórska i Marta Drozd) nie potrafiły zorganizować mi spotkania z włoskim piosenkarzem Patrizio Buanne. Ponadto żadna z zapowiadanych konferencji prasowych z wykonawcami nie odbyła się o ustalonej godzinie, a te, które miały miejsce w odległym od festiwalowego centrum Hotelu "Haffner", były źle prowadzone (nietłumaczone) i w rezultacie zrobiły więcej zamieszania w dziennikarskich planach, aniżeli pożytku.

Paulina Jaskólska z MTV Polska była chyba najgorszą prezenterką festiwalową w historii tej imprezy. Niegustownie ubrana, a raczej przebrana, nieustannie zmieniała śmieszne ciuszki, co nie pomogło jej w fatalnym, nerwowym prowadzeniu dnia pierwszego "TVN i MTV zapraszają". Dziennikarze śmiali się z Pauliny i nazwali ją "kobietą po przejściach", bo właśnie tak wyglądała, udając gwiazdę rodem z wielkiej rewii. Owszem, podświetlone schody jako element dekoracyjny scenografii były imponujące, tylko co z tego, jeżeli prawie niewykorzystane przez piosenkarzy. Festiwal otworzyła jeszcze bardziej nijaka niż zwykle Monika Bródka, która ze sceny zeszła bez braw, prawie uciekając ze wstydu, że tak niewiele umie. Jeszcze bardziej amatorski i jakby z zupełnie innego festiwalu, pojawił się (nie wiadomo po co) Sidney Polak. O tym, że rutynowana i wykształcona muzycznie (dyrygentura chóralna) Reni Jusis nie ma głosu, wiadomo od lat, ale że śpiewa momentami nieczysto - tego się po niej nie spodziewałem. To zadziwiające, że tak nieciekawa wizualnie grupa, jaką jest Myslovitz, podoba się bardziej za granicą niż w Polsce. Górale z Zakopowera na razie odcinają kupony od tego, czego się nauczyli; oby nie za długo, bo szybko znikną z rynku. O dziwo, zespół Sistars wziął się nareszcie do roboty i pokazał z lepszej niż do tej pory strony (nieźle wyglądające i dobrze śpiewające siostry Przybysz, ciekawie rozplanowane sytuacje sceniczne i muzyczne). Rewelacją była fantastyczna Agnieszka Chylińska, która ma nie tylko unikatowy w skali światowej głos, ale niepowtarzalną osobowość, a na obecnym etapie kariery jest artystką w pełni dojrzałą, świadomą tego, co robi na estradzie. Brawo! Jaka szkoda, że Chylińska dała czadu tylko w dwóch piosenkach. Ona śmiało mogłaby wypełnić np. drugą część pierwszego dnia, bo potrafiła zahipnotyzować publicznośćpo dwóch utworach, a co dopiero w półgodzinnym recitalu?!

Na sopocki występ nasza wielka gwiazda piosenki czekała od paru lat. Niestety, nie zaskoczyła ani strojem (młodzieżowa bluza sportowa, getry, buty do joggingu itp.), a przecież przyzwyczaiła nas do swoich niezwykłych pomysłów na estradzie, ani repertuarem, bo ile razy można słuchać "Małgośki", "Kolorowych jarmarków", "Wsiąść do pociągu", "Niech żyje bal" - to już przecież wszystko było, także na sopockiej scenie. Na szczęście Maryla Rodowicz ma nowy przebój "Wszyscy chcą kochać" i nowe piosenki, które powinna zaprezentować łącznie z samą sobą odmienioną, już nie młodzieżową (w tym roku piosenkarka kończy 60 lat), bardziej stonowaną, ale ciągle naszą, zdumiewającą niespożytym temperamentem i witalnością, którą nawet w niezgranym repertuarze mogłaby porwać publiczność. Szkoda.

Wprowadzenie konkursu i rywalizacji o Bursztynowego Słowika oraz nowej konkurencji - plebiscytu publiczności o Srebrnego Słowika - to świetny pomysł, bo każdy festiwal wymaga rywalizacji, dodatkowych emocji, radości ze zwycięstwa i łez z przegranej. Nowy dyrektor artystyczny festiwalu - Adam Górko - znalazł ciekawy pomysł na jury, na otwarte obrady, rozmowy z wykonawcami, na dwa plany sceniczne, co potęgowało napięcie, chociaż jednocześnie wzbudzało kontrowersje, że ta część konkursu była przegadana, nie wspominając o reklamach przekraczających czas piosenkarskich występów!
Nie zachwycił show Irka Bielenika, znanego głównie z reklamy proszku do prania, który ciągle podkreślał, że jest bardzo brzydki, jakby ludzie tego nie widzieli. Tym razem pan Bielenik prał mózgi publiczności, wywołując raz konsternację, innym razem śmiech, a jeszcze innym - wściekłość (sterował publicznością jak w sitcomie, pokazując, kiedy i jak mają klaskać). Ale największe emocje wzbudziły dwie urocze blondynki, obie młode i atrakcyjne, zdecydowanie wyróżniające się spośród 38 wykonawców tegorocznego festiwalu. To Doda (Dorota Rabczewska) i Mandaryna (Marta Mandrykiewicz-Wiśniewska). Miejscowa prasa pisała: "To był bez wątpienia festiwal Dody i Mandaryny". Pierwsza wystąpiła w białym płaszczyku zaprojektowanym dla dobrego anioła niosącego "Znak pokoju" (za tę piosenkę otrzymała Srebrnego Słowika od publiczności), aby później, w różowym gorsecie, mini-minispódniczce, butach muszkieterach (też różowych) i innych bladoróżowych bajerach, idealnie do niej pasujących - dać minishow według własnej wizji, na bazie starego przeboju "O mnie się nie martw".
Doda oprócz urody i seksapilu znalazła pomysł na siebie, na banalną piosenkę i udowodniła, że ma niezły głos (przy korektach i podpowiedziach doświadczonego pedagoga - mógłby być uznawany za świetny) i muzykalność. Wokalistka ma także zmysł i spryt, bo wie, jak zrobić w Polsce dużą karierę w show-biznesie. Bardzo udany debiut. Mandaryna, nazywana przez prasę "królową polskiej muzyki dance", "królową metamorfozy"," "królową kiczu", "fenomenem socjologicznym" jest utalentowaną i doświadczoną tancerką estradową, świetna ruchowo, z pomysłami na choreograficzne układy dla siebie i zespołu, także z silną osobowością, która pozwala jej wspiąć się na szczyt popularności i zaistnieć w show-biznesie, jak mało kto w ostatnich latach. Ta śliczna, zgrabna dziewczyna wywołała w kraju zjawisko nazywane "mandarynkomanią", bo dziewczyny czeszą się jak ona, ubierają podobnie, nawet zachowują. Mandaryna jest kontrowersyjną postacią estradową, o której po sopockim występie mówił cały kraj. Gdyby była nieciekawa, nie wzbudzałaby aż tak wielkich emocji, niekoniecznie związanych z jej słabym wokalem, nad którym pracuje z kolejnym pedagogiem, tym razem niemieckim.


Rozmowa z "MANDARYNĄ"
- Czy udało ci się zrealizować to, co sobie założyłaś przed występem na Sopot Festival?
- Udało mi się pokonać samą siebie. Fakt, że znalazłam się na Sopot Festival 2005 i zaśpiewałam na żywo, oznaczał dla mnie zwycięstwo, bo udowodniłam, że mimo wszystko mogę to zrobić, lepiej lub gorzej, ale zawsze.

- Twoją mocną stroną jest ruch i taniec, słabszą wokal. Czy nie masz kompleksu z powodu niedostatków głosowych? - Nie odważyłabym się wykonywać muzyki, która wymaga wirtuozerii wokalnej. Jestem i nadal będę przede wszystkim tancerką. Tańczę od dziecka i dla mnie taniec jest jak powietrze i nie ukrywam, że dominuje nad wokalem. Ale ciężka praca nad głosem zaczyna przynosić efekty, dlatego dużo ćwiczę pod okiem fachowych specjalistów od śpiewu. Chodziłam na lekcje do Saszy Katejewa, do Agnieszki Pędziwiatr, obecnie uczy mnie Kajra z Niemiec. Przez cały czas ktoś z pedagogów jest koło mnie i pomaga zrozumieć, na czym to polega.

- To, co już umiesz wokalnie, jest szczytem twoich możliwości, czy dopiero początkiem?
- Na rynku jestem dopiero od roku, czyli zaczynam. Jestem jeszcze małą dziewczynką, która wkroczyła w świat show-biznesu. To, co potrafię, nie jest szczytem możliwości i moich marzeń, bo przecież wszystkiego można się nauczyć i wyćwiczyć, a ja bardzo chcę pracować i grać dla ludzi, dla fanów, bo czuję, że oni tego chcą. Udział w festiwalu sopockim, w konkursie, jest kolejnym etapem mojego życia, ale ja swój Sopot już wygrałam, chociaż mocno mnie atakowano. Co prawda nerwy mi puściły, ale gdy zeszłam ze sceny, powiedziałam do siebie: "Zrobiłaś to, dziękuję ci".

- A tymczasem w prasie same napaści na ciebie?
- Żeby funkcjonować w show-bizne-sie, trzeba mieć dużo siły, ja ją mam i jakoś daję sobie radę. Nauczyłam się, że jeżeli ktoś pisze o mnie źle, to nie traktuję tego jako osobistej walki ze mną. Każdy ma prawo do swojego zdania, dlatego nie zamierzam odbijać piłeczki w sposób osobisty.

Mimo gromów rzucanych na "Mandarynę" (nawet w telewizyjnych "Wiadomościach"), mimo gwizdów w Operze Leśnej, zdobyła drugie miejsce w plebiscycie publiczności. Większość Polaków chce oglądać tak barwną postać w sukni typu rybia łuska, na której uszycie zużyto 120 metrów materiału, z trenem z francuskiego tiulu, który ma 12 metrów długości, w której Mandaryna wyglądała jak królewna ze snu Polaków o bogatej przyszłości i gwiazdach, które mają tak niezwykłe, wręcz nierealne opakowanie.

Niestety, nie udało się TVN-owi sprowadzić do Sopotu tak wielkich nazwisk jak Elton John czy Rod Stewart, chociaż obaj jako piosenkarze są już w wieku emerytalnym. Z jaką wielką satysfakcją poznalibyśmy tutaj fantastycznego 27-letniego Kanadyjczyka Michaela Buble, który zrobił światową furorę rewelacyjnie zaśpiewanymi standardami swingowymi, a teraz nagrywa płytę za płytą. Marzeniem jest spotkać się z Anglikiem Michaelem Balleem. który tak śpiewa przeboje musicalowe i popowe, że dech zapiera, od kilkunastu lat uznawany jest za najlepszy męski głos Europy. Zapewne sensacją byłby występ bulwersującej Niemki Niny Hagen, a balsamem dla ucha niebiańskie głosy czterech wokalistów classic pop z zespołu II Divo. W zamian zaserwowano starych i zblazowanych Niemców z zespołu Scorpions z Klausem Meine, który teraz udaje wiecznego rockandrollowca i sympatycznego rudzielca z buzią 60-latka Micka Hucknalla z brylancikiem w zębie, który na szczęście ma jeszcze dość młody i świeży głos. Jemu towarzyszyli Simply Red. Scorpions grają ponad 30 lat, a Simply Red ponad 22. Rodzima gwiazda Beata Kozidrak śpiewa 27 lat i też nam się trochę postarzała (pani Beata skończyła 45 lat), co słychać w jej słabszym niż zwykle wokalu i widać w zachowaniu na scenie. Ale na Złotego Słowika za całokształt działalności z pewnością zasłużyła.

Festiwal przygotowany przez TVN miał wszelkie wady i zalety debiutanta. Podobno za rok powinien ruszyć pełną parą, bez taryfy ulgowej. Stacja ma wielu reklamodawców, ogromne dochody z reklam, które na antenie przytłoczyły to, co działo się w Operze Leśnej. Ale mimo wszystko muzyka nie wyszła na tym najgorzej, bo lekceważona w ostatnich latach przez nadawców telewizyjnych, stała się jednym z ważniejszych punktów programu. Czy TVP zacznie myśleć podobnie? Na razie TVN pokazał, że potrafi promować festiwal na własnej antenie i lansować swoich nieudanych prezenterów. Teraz potrzebne są nowe gwiazdy i nowi prowadzący, wcześniej podpisane umowy ze światowymi gwiazdami i większe otwarcie na inne media, które po festiwalu kształtują opinię nie tylko o imprezie, ale również o organizatorze.