Home ![]() |
Jak na złość konkurencji zorganizowano w Sopocie drugi festiwal. Czy poraził poziomem? Tak, ale w negatywnym słowa znaczeniu. Artykuł zeskanowany z prasy. // // Tongue of Colicab |
||||
![]() |
W Sopocie tego lata festiwalowe rozdwojenie jaźni. Dopiero co zakończył się Festiwal "Jedynki" pod egidą TVP a już wkrótce tradycyjny Sopot Festival, którego organizatorem po raz pierwszy będzie TVN. I chociaż nikt z animatorów obu imprez oficjalnie tego nie potwierdza, to nie tylko w kuluarach Opery Leśnej szeptano, że trwa telewizyjna wojna na festiwale. Kto wygra ten pojedynek? Już wiadomo - publiczność, bo ma do wyboru więcej, niż miała dotychczas.
"Jedynkowe" trele zaczęły się mocnym i udanym akcentem. Koncert "Przeżyj to sam" był przebojową grą na sentymentach w wykonaniu głównie gwiazd polskiego rocka lat 80. Przypomniano słynne piosenki, które nie dawały spokoju peerelowskiej władzy i przyprawiono to wszystko anegdotami o bojach z cenzurą. No i poproszono niezawodnego Wojciecha Manna, by wcielił się w rolę gospodarza tego kombatanckiego spotkania (młodsza krew też była - między innymi Ptaky w rewelacyjnej wersji "Skóry"). Zadziałało. Do tego stopnia, że jeszcze po koncercie, w czasie przerwy, spora część publiczności śpiewała tytułową piosenkę widowiska. Takiej sytuacji w historii sopockich festiwali jeszcze nie było! Craig David w drugiej części wieczoru nie wywołał już takiego entuzjazmu, choć sprawował się fantastycznie. Chyba rację ma Elton John, mówiąc: ktoś w Wielkiej Brytanii śpiewa lepiej niż Craig, to ja jestem Margaret Thatcher". Na trwającą zaledwie kwadrans konferencję prasową wykonawca "Walking away" spóźnił się półtorej godziny. Może sprawdzał, czy na konto wpłynęło mu już honorarium? Ponoć 150 tysięcy euro. Natomiast podobno 200 tysięcy dolarów zainkasowała gwiazda drugiego wieczoru - grupa Blondie. Muzycy pytani o kondycję, z rozbrajającą szczerością odrzekli: "Nie jesteśmy zmęczeni, jesteśmy już po prostu starzy". Niestety, było to widać i słychać nie tylko w czasie spotkania z dziennikarzami. Debbie Harry to nie jest synonim atomowej energii. Nigdy zresztą w tej kategorii nie zdobyła złotego medalu, ale teraz o mało co, a dostałaby medal z kartofla. Część publiczności zaczęła bowiem opuszczać widownię już po trzeciej piosence. I na pewno nie dlatego - jak kiedyś podczas recitalu Aznavoura - by zdążyć na ostatnią kolejkę elektryczną. "Dokąd idziecie, ludzie?" - pytała ze sceny ikona pop-kultury. Ech, aż pękało "Heart of glass". Za to cała w skowronkach była Bonnie Tyler. Dostała najmniejsze honorarium, a dała najlepiej przyjęty recital. Równa z niej babka. Na konferencji prasowej bez zahamowań opowiadała nie tylko o nowej płycie, ale również o wstrzykiwaniu botoksu, by poprawić swój wygląd, o guzkach na gardle, a nawet życiu seksualnym: "Mąż nie gania już za mną dookoła sypialni jak kiedyś". Nie gwiazdowała, choć cały świat zna jej "Totally eclipse of the heart" czy "lt's a heartache". Zaskoczeniem było też zwycięstwo w konkursie "Przeboje lata "Jedynki"" porywającego utworu pt. "Niech mówią, że to nie jest miłość". Również zaskoczeniem dla samych wykonawców, czyli Olgi Szomańskiej, Przemysława Brannego i Piotra Rubika oraz towarzyszącego im chóru Fermata. Nie mieli ze sobą nawet jednego egzemplarza płyty ze zwycięską piosenką, bo nie liczyli na sukces. A po triumfie, już w garderobie, wręcz krzyczeli z radości! Ja też się cieszyłem, bo nie sądziłem, że najbardziej ambitna propozycja przebije się w głosowaniu telewidzów, którzy zazwyczaj wolą sępy miłości żywiące się mandarynką. Inni - jak na przykład Monika Bródka - żywią się familiada. Podczas swojego występu zmusiła publiczność do zaśpiewania dla mamy "Stu lat". I całkiem możliwe, że gdyby wykonawczyni "Miałeś być" nie odebrała wtedy Złotej Płyty za "Album", to może jeszcze zaordynowałaby publice złożenie hołdów stryjkowi. Szkoda, że ukrywa swoją urodę i za wszelką cenę usiłuje się postarzeć, wybierając taki, a nie inny image. Zapowiedzi w rodzaju "teraz nastąpi piosenka" też nie rzucają na kolana, choć wierne fanki z widowni mogą mnie zabić za te słowa. Kryminalnego wątku zresztą i tak nie brakowało. W czasie koncertu Bródki pojawił się gościnnie Liroy w otoczeniu tancerek, z których jedną zaraz po występie zabrała policja. Mają-c niewielki wyrok w zawieszeniu za paserstwo, nie zapłaciła 180 złotych grzywny i sąd wydał polecenie o osadzeniu Joanny K. w areszcie. Wśród widzów znalazł się sędzia, który -zobaczywszy ją na scenie - natychmiast zadzwonił na komendę. Na drugi dzień "Scyzoryk" doręczył stróżom prawa dowód wpłaty i uwolnił pojmaną. Niektórzy myśleli, że radiowóz policyjny w Operze Leśnej zjawił się z zupełnie innego powodu, choć też związanego z Liroyem i tancerką. W czasie występu symulowali kopulację, raper chwytał się za krocze i śpiewał o ssaniu, a na koniec obnażył pierś partnerki. Zapachniało skandalem obyczajowym, bo taki festiwal nie bardzo nadaje się do podobnie kontrowersyjnych zachowań. Może chodziło o rodzimą wersję afery sutkowej, kiedy to Justin Timberlake odsłonił cycusia Janet Jackson? Zresztą innych naśladowców też nie brakowało. A to Bartek Wrona jako kalka Ricky'ego Martina, a to Tatiana Okupnik udająca Edwarda Gierka, gdy co chwilę pytała publiczność: Pomożecie? Była nawet kopia Mariah Carey i Steviego Wondera w postaci duetu Lusii i Mario Szabana. Właściwe czemu nie? W końcu była to impreza międzynarodowa... |